nasza godula
Wtorek, 7 Luty 2012
 

Z ostatnich dni




AWANTURA W TEATRZE

nasza odpowiedź na list z Polski


Czytelnik  pisze do nas z Polski:


Nie wiem, czy sprawa, którą poruszę, mieści się w zakresie zainteresowań Portalu, ale powołam się na brzmienie "614 przykazania". Bo jako pośmiertny tryumf Hitlera odbieram reakcję ambasady Izraela na niedawny, niepoważny incydent w poznańskiej operze.


Mogę zrozumieć pewną, nierzadką u artystów solistów, nadwrażliwość, przerost wyobraźni i przesadną emocjonalność. Chociaż, uważam, w przypadku człowieka urodzonego w latach '70/'80 tę nadwrażliwość za naprawdę przesadną. A kojarzenie czarnego kombinezonu z osobą Hitlera, za zupełne nieporozumienie.

Wybuchowa reakcja tancerza na słowa "pieprzony Żyd" jest dla mnie wyrazem pośmiertnego tryumfu Hitlera. Sądzę, że gdyby w tej kłótni padły słowa: "pieprzony wariat" (moim zdaniem bardziej adekwatne w tej sytuacji) ambasada by nie interweniowała.

Poszło o słowo "Żyd". Jakby to było słowo obelżywe. W sprawie, ewentualnego, "pieprzonego Francuza" z całą pewnością nie byłoby interwencji ambasady francuskiej. Nie byłoby też mowy o "frankofobii". Tymczasem wypomnienie komuś w kłótni jego żydostwa, uznano za obelgę i przejaw antysemityzmu. 

Uznając Żyda za osobę poza wszelką krytyką popełniamy błąd dyskryminacji. Bo dyskryminacja to nie znaczy "tępienie". To znaczy "oddzielanie".

Jestem z rocznika 1942 i tak to widzę. Czy i jak, Waszym zdaniem, powinienem skorygować moje poglądy w powyższej sprawie?


Odpowiedź:


Po pierwsze: można się zastanawiać, czy reakcja izraelskiego tancerza, polegająca na zawiadomieniu o incydencie ambasady, nie jest wyrazem pewnego przewrażliwienia i przesady.

Czy zwracanie się do ambasady Izraela o interwencję w takiej sprawie, nie jest dowodem na zbyt poważne potraktowanie awantury w teatrze?

Po drugie: można się zastanawiać, czy reakcja solisty na obecność w teatrze mężczyzny, który – w oczach tancerza - przypomina swoim wyglądem Hitlera, nie jest reakcją dowodzącą tym razem znacznego już przewrażliwienia.

Nie jest to przecież Hitler, a jedynie ktoś kojarzący się z Hitlerem, a z kolei artysta izraelski nie jest starcem ocalałym z Holocaustu, u którego taka reakcja byłaby zrozumiała, ale człowiekiem młodym. W dodatku, gdy spojrzymy na zdjęcie pracownika teatru, który wywołał u izraelskiego tancerza silną emocjonalną reakcję, widzimy wyraźnie, że zachowanie tancerza bardzo trudno daje się uzasadnić.

Spójrzmy jednak teraz na sam incydent, w którym zastępczyni dyrektora teatru wykrzykuje do solisty słowa: "Pieprzony Żydzie" (wersja złagodzona).

Pisze Pan:

"Poszło o słowo "Żyd". Jakby to było słowo obelżywe. W sprawie, ewentualnego, "pieprzonego Francuza", z całą pewnością nie byłoby interwencji ambasady francuskiej. Nie byłoby też mowy o "frankofobii". Tymczasem wypomnienie komuś w kłótni jego żydostwa, uznano za obelgę i przejaw antysemityzmu.

Ma Pan rację, że w sprawie „pieprzonego Francuza” nie byłoby interwencji ambasady. Nie byłoby też mowy o frankofobii. Ale to dlatego, że w polskiej tradycji (językowej, kulturowej) nie było i nie ma żadnej frankofobii, a rzeczownik „Francuz” nie ma odcienia pejoratywnego.

Wykrzyczenie - w złości, w zdenerwowaniu, aby przeciwnika w konflikcie poniżyć - "pieprzony Francuzie", a zawołanie "pieprzony Żydzie", to jednak nie jest to samo. Zawołanie „pieprzony Francuzie” w ogóle nie miałoby sensu. Nie byłoby obelgą, a dokładniej: obraźliwy byłby przymiotnik "pieprzony", ale w określeniu narodowości poniżanego nie byłoby nic obelżywego. A przecież w ferworze kłótni to ma być obelga. Zostałoby więc użyte inne zawołanie. Najprawdopodobniej „pieprzony żabojadzie”.

Dlaczego?

Bo Francuz, Szwed, podobnie jak Urugwajczyk lub Szwajcar – a także przedstawiciele wszystkich innych nacji - nie są w polskim języku obciążeni negatywnie. Nawet Niemiec nie jest, nawet Czech i Rosjanin.

Dlatego nie uznaje się okrzyków "pieprzony Niemcze" czy "Rosjaninie" czy "Czechu" za wystarczająco obraźliwe i dlatego zazwyczaj użyte zostaną tym momencie określenia specjalnie stworzone, aby poniżać narodowość adwersarza. A więc usłyszymy okrzyk "pieprzony szwabie" ("rusku", "pepiku").

Jednak nie sposób zaprzeczyć, że "pieprzony Żydzie" brzmi zdecydowanie ostrzej, bo słowo "Żyd" posiada w języku polskim pewną dwuznaczność konotacji, z którą trudno nam się pogodzić i którą dziś odbieramy jako anachronizm, ale nie zmienia to faktu, że ta dwuznaczność istnieje. Podobnie jak słowo „Cygan”. W końcu pejoratywny czasownik „cyganić” (oszukiwać) ma swoje źródło w tym rzeczowniku. Gdyby słowo „Niemiec” miało konotacje negatywną, to w języku polskim istniałoby pojęcie „oniemczenia”. A nie istnieje. Potrzebne było inne - pochodzące od przywoływanego tu już, zdecydowanie poniżającego „Szwaba” - czyli „oszwabić”.

W języku polskim nie ma odpowiednika „ocyganienia” czy „oszwabienia”, które pochodziłoby od słowa „Żyd” (choć pojawia się ono np. w  miejskim żargonie angielskim jako "to jew someone down"), ale istnieje inne słowo: „zażydzić” („zażydzać”, „zażydzony”). Słownik Języka Polskiego definiuje znaczenie tego czasownika jako «doprowadzić do opanowania jakiegoś środowiska przez Żydów» i podkreśla jego odcień lekceważący.

Zastanówmy się jednak, jak skonstruowane jest to słowo, co stanowi jego wzorzec? Są nim określenia odnoszące się do insektów, np.: „zapluskwić”, „”zapchlić”. Te analogie nie są przypadkowe: wskazują na porównania mające w kulturze europejskiej długą tradycję, gdy chodzi o antysemityzm i jego stereotypy postrzegania Żydów. Jest to zdecydowanie próba dehumanizacji Żydów, zarejestrowana w języku, która zarazem potwierdza negatywny potencjał znaczeniowy słowa „Żyd” – jaki może ujawnić się w szczególnym kontekście.

Bo słowo „Żyd” w absolutnej większości kontekstów jest doskonale neutralnym słowem - i tu ma Pan całkowitą rację - używanym na co dzień, bez żadnych negatywnych konotacji. Jednak w wyjątkowych sytuacjach – np. wykrzyczane w złości i przeciwko komuś w słownej utarczce lub w próbie zdyskredytowania przeciwnika - funkcjonuje jako obelga.

Przecież napisy na murach (np. stanowiące fragment „wojny” tzw. „pseudokibiców” klubów piłkarskich) nie oskarżają wrogów o to, że są Francuzami lub Urugwajczykami, ale o to, że są Żydami. Nie jest to kwestią przypadku, ale efektem wielu czynników historycznych. Stanowi to rezultat zakorzenienia się w polskiej "podświadomości kulturowej" silnej niechęci do abstrakcyjnego wizerunku Żyda, wytworzonego przez stulecia. Dlatego trafna jest popularna obserwacja, że antysemityzm może się współcześnie obejść w Polsce bez autentycznych Żydów. Antysemityzm stał się bowiem wrogością wobec abstrakcji - wobec Żyda jako symbolu cech przypisywanych tradycyjnie Żydom przez antysemitów. A to oznacza, że ktokolwiek, kogo o takie cechy się oskarży, może zostać natychmiastowo i skutecznie zdemonizowany, poprzez użycie wobec niego słowa Żyd”, które brzmi właśnie jak oskarżenie.

Nazwanie kogoś "Żydem" jest fromą jego "zdemaskowania" - jest sposobem jego dyskredytacji bez konieczności podejmowania jakiejkolwiek polemiki z jego poglądami i postawą. I to zjawisko funkcjonuje na wielu płaszczyznach: od areny politycznej do stadionów piłkarskich.

Jeżeli bowiem ktoś powie do osoby, która jest Żydem, w normalnej spokojnej rozmowie: „Jesteś Żydem” to jest to zwyczajne stwierdzenie faktu. Jeżeli jednak te słowa zostaną wykrzyczane w gniewie lub z intencją, aby poniżyć – ich funkcja będzie zdecydowanie inna.

Słowo „Żyd” nie musi więc (i zazwyczaj nie jest), ale może być słowem o odcieniu pejoratywnym. Pana rozumowanie byłoby absolutnie poprawne i miałby Pan pełną rację, gdyby to ambasada urugwajska interweniowała w obronie Urugwajczyka, któremu ktoś wykrzyknął w gniewie” pieprzony Urugwajczyku”. Bo „Urugwajczyk” nigdy w języku polskim nie jest słowem obciążonym negatywnie. "Żyd" jednak czasem jest.

Pisze Pan:

Uznając Żyda za osobę poza wszelką krytyką popełniamy błąd dyskryminacji.

Tu nie mamy do czynienia z „uznawaniem Żyda za osobę poza wszelką krytyką”. To miałoby miejsce wtedy, gdyby okrzyk pod adresem izraelskiego tancerza brzmiał „pieprzony kretynie”, abo „pieprzony histeryku” - i wywołał reakcję ambasady, mediów, a na koniec  dyrekcji teatru. Można  tu wstawić mnóstwo słów, które są używane w analogicznych sytuacjach. Każde z tych określeń może być użyte wobec przedstawiciela każdej narodowości i świadczy o braku samokontroli u wykrzykującego te słowa, ale nie stanowi powodu, aby pojawiały się zarzuty o rasizm.

W omawianym przez nas przypadku sytuacja jest inna. Nie mamy podstaw, aby oskarżać osobę, która wykrzyczała te słowa do przewrażliwionego tancerza, o antysemityzm.  Poza tym, takich oskarżeń nigdy nie powinno się wysuwać na podstawie jakiegoś jednego okrzyku, który pojawia się w stresie. To byłby zupełny absurd. Jednak mamy podstawy, aby w użytym sformułowaniu dostrzec antysemicki podtekst, z którego osoba ta – prawdopodobnie podświadomie – skorzystała. Instynktowne wyczucie ducha języka działa często wyjątkowo skutecznie właśnie w zdenerwowaniu. Wyczucie to nie zawiodło zastępczyni dyrektora teatru w omawianej  awanturze.

Pisze Pan:

Sądzę, że gdyby w tej kłótni padły słowa: "pieprzony wariat" (moim zdaniem bardziej adekwatne w tej sytuacji) ambasada by nie interweniowała.

Tu zgadzamy się z Panem w pełni. „Pieprzony wariat” byłoby określeniem w miarę przyzwoitym w tych okolicznościach, byc może nawet trafnym, choć z pewnością nadmiernie emocjonalnym, a ambasada zdecydowanie nie powinna interweniować.

Czy natomiast była uzasadniona jej interwencja w omawianej tu przez nas sytuacji?

Naszym zdaniem - pomimo że dostrzegamy antysemicki podtekst w tym konkretnym użyciu słowa „Żyd” – nie była ona konieczna, ponieważ uważamy, że ambasady powinny z założenia interweniować wyłącznie w poważnych sprawach, a awantura w teatrze do takiego miana - mimo wszystko - w żaden sposób nie dorasta.

Aktualności


Nowe Projekty


Ostatnie pytania


Nowe artykuły

projekt i wykonanie by DWS
© wszystkie prawa zastrzeżone