Jesienią panowała nawet swoista "moda" na zapraszanie mnie, otrzymywałam telefony od nieznanych mi osób, z prawie pretensjami, "jak to, byłam już u kuzynki, a nie odwiedziłam jeszcze żony Rabina takiego to a takiego... I że zapraszają mnie na szabatowy poczęstunek... Na szczęście już się to trochę uspokoiło, a moja obecność tu spowszedniała. Przy słabej wtedy znajomości angielskiego było to dla mnie stresujące i połączone z dużym wysiłkiem, zawsze rzetelnie przygotowywałam się do spotkań, wypisując ze słownika przypuszczalnie potrzebne mi wyrazy wraz z wymową. Poza tym szkoda mi było każdego Szabatu nie spędzonego ze wspólnotą Open Synagogue. Ale zarazem uważałam za swój obowiązek spotykać się, czuję się tu trochę emisariuszem polskich Żydów. Więc proponowałam inny termin, poza Szabatami...Mój słownik polsko-angielski poniósł koszty tych spotkań, obdarty z masywnych tekturowych okładek, żeby lżej było go nosić, nabawił się fatalnych oślich rogów...
Młodzież tutejsza patrzyła na mnie trochę jak na "czarnego luda", oto ktoś z najbardziej dotkniętej Holokaustem krainy, ktoś z kraju ich dziadków, kto wprawdzie nie pamięta czasów wojny, ale ciągle w sobie nosi zapach dymów i popiołów, widok ruin i zniszczeń, kto wyrósł między grobami Żydów. Zawsze wtedy powtarzałam im słowa naszego Rabina: "nie jesteście z popiołów. Jesteście duszami z ognia, souls from fire". Czy uwierzyli?
W każdym razie, gdy podczas przerwy przechodzę obok którejś ze szkół żydowskich, zawsze choć jeden dziecięcy głos przywołuje mnie do siatki, słyszę "Miriam, Miriam!". Albo stukają w szyby, jeśli jest czas lekcji, lub w okna szkolnego autobusu. To miłe, kiedy dzieci wybiegają na próg drewnianych tutaj domków, nawołując mnie... Zawsze wtedy wspominam swoich dobrych uczniów z Jastrzębia, z takim zaangażowaniem organizujących wystawy judaistyczne, śpiewających w chorze Manfreda Lemma... Są już dziś na pierwszym roku studiów. Mam wielką nadzieję, że niosą w świat tolerancję, zrozumienie dla inności. Otrzymałam od nich duże wsparcie duchowe w trudnych dla mnie dniach 2006 roku...
Szabatowe spotkania odbywają się w mniejszym gronie, w domu Rabina w Rumson. To człowiek niezwyklej erudycji i zarazem dobroci serca. Co sobotnie studium Tory to prawdziwa uczta duchowa, nie sposób odżałować każdej straconej możliwości, jak zdarzyło się w ostatni Szabat. Spotkanie było odwołane, nocą z czwartku na piątek spadł tu potężny śnieg, ponad stopa śnieżnej pokrywy unieruchomiła ruch na autostradach, odwołano 800 lotów z NYC i Newarku, a nasz Rabbi, w trosce o nasze bezpieczeństwo, zawiadomił nas, że spotkamy się dopiero 29 lutego...
Nie, nie czuje się wyobcowana i "niema" na spotkaniach Szabatowych i świątecznych. Co więcej, widzę że czasem wiem i umiem więcej niż miejscowi członkowie Open Synagogue. Rabbi Levin i tutaj zajmuje się głównie wracającymi do swoich korzeni, tymi, których i tutaj rodzice, doświadczeni Holocaustem, "chronili", nie przekazując im wiedzy o pochodzeniu. Czasem nie wiedzą, jak zaśpiewać hebrajską pieśń, jak odczytać modlitwę. Tymczasem, dzięki mądrej działalności szkółki hebrajskiego Fundacji Schorra, ja spokojnie radzę sobie, czytając bez problemu hebrajskie teksty z Siduru "Sim Szalom".
Jestem jedyną kobietą, która nakłada kipę (wyraźnie damską, co prawda) i tallit. Pytałam Rabina, czy powinnam, skoro inne kobiety tego nie robią; odparł, że mogę, jeśli chcę. Najwspanialszy moment sobotniego zgromadzenia następuje, gdy mogę cicit mojego tałesu dotknąć obnoszonego Zwoju Tory. To prawdziwie mistyczny dla mnie moment. Studiowanie Tory mogłoby trwać dla mnie godzinami. Jest tak różnorodne. Czasem z Rabbim omawiamy całą parszę, dodatkowo studiując np. mowy prezydentów USA, w nawiązaniu do opowiedniego tekstu. Innym razem jest to tylko jeden werset, z powrotami do wcześniejszych tekstów. Zdarza się, że jest to tylko jeden wyraz i jego litery... Nieprzebrane bogactwo Tory...
W Simchat Tora, ze Zwojem w objęciach każdy po kolei stawał przed zgromadzonymi i wypowiadał się na temat Tory, jej znaczenia we własnym życiu. Mocno kalecząc angielski, ale chyba w sposób zrozumiały, opowiedziałam, jak to, przybywszy zbyt wcześnie do Rumson, czekając na porę spotkania, usiadłam sobie przed posterunkiem policji na ławeczce i tak się zaczytałam w Torze, że dopiero zapadający zmierzch przypomniał mi, że należy przerwać i udać się na modlitwy...
Prawdziwie wspaniale momenty związane są z Szabatowym ucztowaniem. Każdy z nas przygotowuje mleczne lub parve potrawy, nie wszyscy wprawdzie są, jak ja, wegetarianami, ale w domu Rabina nie jemy potraw mięsnych. Do zwyczaju weszło już, że przygotowuję potężną porcję zupy grzybowej, inni przynoszą wino, pieczywo, ryby, sałatki i owoce. Na szczęście w mojej miejscowości jest sklep polski, mam dostęp do suszonych grzybów i z prawdziwą przyjemnością i przejęciem już w czwartek przystępuję do gotowania zupy. Do zwyczaju też weszło, że moje sąsiadki raczą się też tą zupą, co spowodowało, że usłyszałam z ust wiekowej Polki, od dziesięcioleci zamieszkującej tu, zdanie: "Żydy to porządne ludzie są". Tak, to prawda, że wspólne ucztowanie bardzo zbliża ludzi. Byłam tego zdania juz wtedy, gdy organizowałam wystawy i happeningi w Polsce, zawsze wtedy starałam się też zwiedzających raczyć nie tylko strawą duchową, ale i wprowadzać w autentyczne smaki Izraela.
O ileż łatwiejsze byłoby to tutaj! Sklep koszerny na każdym rogu, a czasem dwa lub trzy obok siebie! W każdym supermarkecie - przynajmniej 1/3 powierzchni to stoiska koszerne! Książki hebrajskie, sprzęty niezbędne do świętowania i codziennego życia. Synagogi, jesziwy i mykwy! Mój Boże, czy pozwolisz, żeby w Polsce stało się choć w części podobnie? Jak to łatwo jest, gdy nie muszę szukać strumienia do koszerowania kupionych u nie-Żyda naczyń... gdy nie muszę stać nad serkiem topionym i zastanawiać się, czy mogę go kupić. Gdy nie muszę nosić w kieszonce swetra czy palta karteczki z zapiskami, które to ze składników konserw sprawiają, że jest ona dla mnie niekoszerna... Po prostu, wchodzę do sklepu koszernego i kupuje, na co mam ochotę. Ogranicza mnie tylko cena, ale i z tym nie problem, bo są rzeczy bardzo tanie także.
Ponieważ przyjechałam tu z wizą turystyczną, nie mogę tu pracować. Nie pasuje studiowanie Tory i łamanie prawa gościnnego kraju. Pozostaje więc nauka. I uczę się nieustannie. Po pierwsze - angielskiego. Od razu też zapisałam się do tutejszej biblioteki, która rzeczywiście jest tu ośrodkiem kulturalnym, nieco inaczej działającym, niż te, do których przywykliśmy w Polsce. Nie jest to dla obcokrajowca wcale łatwe - zdobyć tu kartę biblioteczną, mnie pomógł fakt, że założyłam tu sobie Internet, w związku z czym płacę stałe rachunki przychodzące na mój adres. Bo żeby się zapisać, nie wystarczy paszport, trzeba mieć właśnie jakieś rachunki, na których byłby widoczny adres zamieszkania... A wewnątrz – całe życie, spotkania z prawnikami, porady imigracyjne, wymiana kulturalna miedzy hiszpańskojęzycznymi, Polakami, Żydami i Amerykanami, wycieczki autokarowe i samolotowe, szkółki dla dzieci tych nacji, książek - do wyboru, do koloru.
Nie śmiejcie się, proszę, ale zaczęłam od angielskich książek z działu dla dzieci i młodzieży... pamiętam swoje pierwsze kroki w języku hebrajskim, też zaczynałam od literatury dziecięcej. Po pierwsze - większa czcionka, po drugie - łatwy układ zdań i krótsza treść (no chyba, żeby sięgnąć po ostatni tom "Harry'ego Pottera", co zresztą już zrobiłam...)
Znalazłam przed samą Chanuką "Koty z Placu Krasińskiego". Poruszająca książeczka o dziewczynce, która dzięki aryjskim rysom przemieszczała się swobodnie po drugiej stronie muru Getta w okupowanej Warszawie, karmiąc koty przychodzące do wyrwy w murze. Przydała się ta przyjaźń bardzo, kiedy trzeba było pomoc szmuglującym żywność. Koty odciągnęły czekające na nich z żandarmami psy hitlerowców... Najbardziej zabolała mnie w tej książeczce beznamiętna relacja dziewczynki z tego, jak "merry-go-round" (karuzela), po aryjskiej stronie, kręciła się wygrywając skoczne melodie, podczas gdy w Getcie ginęli ludzie. Tak było. Pokazałam tę książeczkę Rabbiemu i zadecydował, że właśnie tę opowieść przeczytamy wszystkim w dniu Chanuki. O innych niż Machabejscy Powstańcach, o bliższym nam czasie. Książeczka przeszła przez ręce wszystkich zebranych. Ilustracje miała doskonale, trafione stroje z tego czasu. I ta karuzela... Prawie słychać było jej muzykę.
Dwa tygodnie temu nasze spotkanie odbyło się w prywatnym domu jednego z członków, który szczęśliwie obchodził 80-te urodziny. Wszyscy zauważyli kilkanaście pozytywek - karuzeli na półkach gospodarza. I znowu, po dwóch miesiącach wspominaliśmy historię zasłyszaną w dniach Chanuki, z tej małej dziecięcej książeczki dla amerykańskich dzieci, z mojej biblioteki. Zresztą na Tu B'Szwat też udało mi się znaleźć haggadę z Talmudu, o Honim i drzewie karob. A'propos, strąki z drzewa świętojańskiego konsumowaliśmy z zapałem tego dnia, mimo obaw Rabina, co by na to powiedział Jego dentysta!
Jesienią zdarzył się tu prawdziwy dramat, niezrównoważony czarnoskóry nastolatek napadł Rabina Mordechaja Moskowicza, wrzeszcząc: "Ty Żydzie, ty Żydzie!" zmasakrował mu twarz aluminiowym kijem bejsbolowym. Na szczęście Rabbi przeżył, a sprawcę szybko ujęto. Co się jednak okazało? Oto już od kilku tygodni przed jedną z Synagog na jezdni i chodniku pojawiały się antysemickie napisy. Ścierano je przed świtem, aby nie straszyć ludzi... Rozzuchwalony sprawca posunął się więc do rękoczynów... Uważam, że nie należy lekceważyć najmniejszych przejawów antysemityzmu. Że należy reagować natychmiast. I edukować, edukować, edukować. A także - moim zdaniem - zapraszać na te zupy grzybowe, kugle czy czulenty. Ktoś, kto ucztuje przy naszym stole, kto widzi, że nie mamy szponów czy trzeciego oka na czole, że jesteśmy ludźmi, myślę, że nie posunie sie w swoim nielubieniu innych aż do próby zabójstwa. Może się mylę? Ale to jest coś, co mogę zrobić...
Odbywam tu też swego rodzaju praktykę z kuchni koszernej i bardzo lubię te zajęcia. Goszcząc w żydowskich domach mam wtedy okazję do spotkań z dziećmi. A są tu bardzo liczne rodziny z dziesięciorgiem i więcej dziećmi. Żyją naprawdę wspaniale, bez telewizji, rozśpiewani, rodzinni. Ogromnie podoba mi się moda kobieca, czerń, brązy, popiel i biel, zakryte głowy, spódnice. Mundurki dziewcząt i chłopców. Szkoły męskie i żeńskie. Nie ma koedukacji. Młode matki karmiące niemowlę, a za chwilę starsze, roczne dziecko. Wózki dla bliźniąt są tu nagminne, bo następne dziecko rodzi się, gdy poprzednie jeszcze nie chodzi... I dają sobie radę. Nie, nie są bogaczami, jak czasem sądzi się w Polsce. Te młode matki wyglądają jak księżniczki, gdy wsparte na poduszkach podają pierś dzieciom. Zawsze wtedy myślę o Pramatce Sarze z midraszu, jak nakarmiła dzieci księżniczek, czym udowodniła, że istotnie w swoim wieku urodziła Icchaka...
Jest tu starsza pani, Żydówka ze Lwowa. W swojej starości zapomniała języka angielskiego! A własnych dzieci nigdy nie nauczyła mówić po polsku. Chodzę do Niej, żeby porozmawiać. Mam na imię tak, jak Jej siostra. Wyprowadzili ja Niemcy z domu. Nigdy nie wróciła. Opiekunka starszej Pani, Polka i moja przyjaciółka, mówiła mi, że gdy po raz pierwszy miałam przyjść z wizytą, jej podopieczna okropnie się denerwowała. Powtarzała: "może to moja siostra, może to moja siostra, ona ma na imię Miriam".
Długo w noc wtedy rozmawiałyśmy, starsza Pani cytowała Mickiewicza i Sienkiewicza, wspominałyśmy ulice Warszawy, jakimi je zapamiętała, opowiadała mi o Lwowie...
Widzicie, można przekroczyć Ocean, można wyjechać z Polski, ale zabiera się ją ze sobą w sercu, gdziekolwiek się jest, na dobre czy na złe. Komu wolno powiedzieć, że Żyd nie może być zarazem Polakiem, polskim Żydem? Tu bardzo wiele osób ma swe korzenie w Polsce. I bardzo wiele osób cierpi z powodu odrzucenia. Mają Synagogi i Rabinów, koszerną żywność, książki hebrajskie, mykwy i jesziwy. Dlaczego ciągle tęsknią, wspominając kwitnące kasztany, fiołki leśne i polski bez? Dlaczego mówią z żalem w głosie, że tu nie ma bocianów, jaskółek ani dzięciołów? Nie wystarczają im kardynały, gęsi bernikle, które są tak obłaskawione, że z ręki jedzą chleb, przychodzą pod mój apartamentowiec wielkim, 23 sztuki liczącym stadem... Gdy zobaczyli moją Torę tłumaczona przez Rabina Pecarica, przez połowę kolacji szabatowej była mowa tylko o tym. I gdzie to można kupić. I że to trzeba zamówić...
Polsko, Polsko, tutaj są także Twoje dzieci, wygnane, niekochane, odrzucone...
A ciągle wierne.
Miriam
Marzec 2008


