Z ziemi amerykańskiej do Polski
"Cudze chwalicie, swego nie znacie"
Przysłowie ludowe
W nawiązaniu do opublikowanej przez nas informacji o nadaniu imienia Ireny Sendler pierwszej szkole państwowej w Niemczech warto poznać historię „odkrycia” dla Polski i świata postaci zmarłej w maju 2008 roku Ireny Sendler – Matki Dzieci Holocaustu.
Istotą dla zrozumienia omawianych poniżej spraw, zainteresowania jakie wzbudza postać bohaterki u ludzi z różnych zakątków Ziemi niekoniecznie związanych z Polską jest ponadnarodowe oraz ogólnoludzkie przesłanie dzieła Ireny Sendler. Jest to etyczne przesłanie zrozumiałe dla każdego człowieka niezależnie od jego narodowości. W świetle uniwersalizmu tego przesłania zrozumiała staje się historia stawania się bohaterki w świadomości publicznej wielu ludzi z różnych krajów świata Matką Dzieci Holocaustu. A może po prostu stawania się wielkim symbolem Matki dla ratowania dzieci gotowej do najwyższych poświęceń.
Postacie historyczne kształtujące czy to historię polityczną, czy narodową, czy każdą inną historię o wymiarze lokalnym poddają się warsztatowi badań historycznych, które polegają między innymi na weryfikacji faktów, krzyżowej konfrontacji źródeł, ustaleniu dat, związków pomiędzy innymi postaciami lub wydarzeniami historycznymi itd. Postacie niosące przesłania uniwersalne umykają „laboratoryjnemu” podejściu naukowemu, gdyż ich główną rolą, funkcją, zadaniem oraz misją życiową jest zgodność czynu z etyką, a nie czysta, historyczna faktografia. Etyka ogólnoludzka nie jest domeną historii. Może ona być przedmiotem badań innych nauk społecznych – psychologii, socjologii, albo religii lub filozofii. Może być wreszcie sposobem intuicyjnego pojmowania prawd moralnych przez tzw. zwyczajnego człowieka. Wielkość takich postaci polega właśnie na tym, że zwyczajny człowiek, nawet prosty i niewykształcony - albo szczególnie taki człowiek - rozumie sens ich dzieła bez potrzeby naukowej analizy, weryfikacji źródeł, szperania po archiwach, detalicznego "rozbieranie na czynniki pierwsze" rodzinnych czy wręcz intymnych szczegółów życia bohaterów itp. Ludzie szukający drogowskazów moralnych nie będą się zastanawiać nad tym, czy kwerenda badań historyka nad daną postacią była pełna, prawidłowa, metodologicznie poprawna, a faktografia dopracowana w każdym szczególe. Człowiek poszukujący etycznych wskazówek zwróci uwagę na samą istotę dzieła moralnych gigantów takich jak Irena Sendler. Wydobędzie on z życia postaci moralnie wielkich to, co jest istotą tej wielkości. Jest to jeden z powodów, dla których postaci Ireny Sendler z niepamięci nie wydobyli historycy-naukowcy. W historii ponownego odkrycia postaci „Jolanty” – bo taki konspiracyjny pseudonim nosiła Sendlerowa, symptomatyczne jest to, że dla szerokiej opinii publicznej niezwykłą historię oraz osobę wydobyły na światło dzienne nie historyczne autorytety, lecz ludzie wrażliwi – pasjonaci dobrych emocji wobec dzieła wielkiego życia. Zrobiły to… DZIECI! vide: www.irenasendler.org
Warto może teraz wspomnieć o tym, że losy Ireny Sendler po wojnie nie były usłane różami. W pierwszym okresie po wojnie jako członek „Żegoty” - Rady Pomocy Żydom przy Delegacie Rządu RP na Kraj doznała ona prześladowań ze strony UB. W wyniku wyczerpujących przesłuchań będąca wówczas w bardzo zaawansowanej ciąży przedwcześnie urodziła syna. Zbyt wcześnie, aby dziecko przeżyło. Syn Andrzejek zmarł po kilku tygodniach. Czy może być większa krzywda wyrządzona kobiecie i matce? I wprawdzie dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności, umiejętności uważnego wsłuchiwania się w głos instynktu samozachowawczego oraz pomocy ludzi doceniających jej zasługi z okresu wojny uniknęła ona okrutnego losu tych członków wojennego podziemia polskiego, dla których nagrodą za służbę Polsce stała się śmierć z rąk stalinowskich oprawców, to została ona skazana na zapomnienie. Irena Sendler nie była dla władzy PRL postacią wygodną. Wprawdzie od czasu do czasu władza ta nagradzała ją jakimś mało znaczącym odznaczeniem, ale był to raczej wyraz kompleksu winy niż nagroda jako taka. Pierwszą poważną, znaczącą nagrodą było przyznanie w roku 1965 Irenie Sendler przez rząd Izraela tytułu Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata. Były to jednak czasy, kiedy władze polskie traktowały Izrael jako sojusznika „amerykańskiego imperializmu” nie utrzymując z tym państwem stosunków dyplomatycznych. Co było potem, to mniej więcej wszyscy wiemy – 68’ rok, antysemicka nagonka, skazanie na banicję praktycznie całej społeczności polskich Żydów, staranne zacieranie w świadomości zbiorowej Polaków śladów obecności Żydów na ziemiach polskich, ich wkładu w budowę wspólnego państwa. Z „wyroku” władz PRL Irena Sendler stała się więc zwyczajną, szarą, mało znaczącą obywatelką. Żaden znaczący historyk nawet nie zająknął się popularyzując i upowszechniając wiedzę o jej życiu, o jej dziele.
Stan taki – można się jedynie domyślać - zapewne trwałby długo, gdyby nie przypadkowe odkrycie dokonane przez nikomu nieznane uczennice z prowincji w Kansas w dalekich Stanach Zjednoczonych. Tak, nie w Polsce, a właśnie w Kansas. Zapewne wielu z czytających te słowa pomyśli, że pamięć o kobiecie na wielką skalę organizującej pomoc dla dzieci z warszawskiego getta przetrwała wśród Polonii amerykańskiej, może wśród amerykańskich Żydów i to ktoś z tych kręgów powiedział wreszcie na głos kim jest Irena Sendler. Nic bardziej mylnego.
W 1999 roku – 55 lat po wojnie (SIC) amerykański nauczyciel z rolniczych rejonów Kansas, Norman Conard, przedstawił swoim uczennicom wydanie „News and World Report” z 1994 roku, w którym padło lakoniczne stwierdzenie: "W latach 1942-43 Irena Sendler uratowała 2,500 dzieci z warszawskiego getta." Jednocześnie nauczyciel poddał w wątpliwość prawdziwość informacji zawartych w „Raporcie”, gdyż - jak stwierdził - „Być może jest to błąd drukarski, bo nigdy nie słyszałem o tej kobiecie i o tej historii”. Nauczyciel zainteresował tematem swoje uczennice. Przy okazji tego „faktograficznego” akapitu TRZEBA – jesteśmy im to winni - wymienić nazwiska tych uczennic, które tak mocno wzięły sobie do serca motto swojej szkolnej klasy „Kto zmienia jedną osobę, zmienia cały świat“, że CAŁEMU ŚWIATU przywróciły pamięć o dziele Ireny Sendler. Tymi uczennicami były kilkunastoletnie Megan Stewart, Elizabeth Cambers, Jessica Shelton oraz Sabrina Coons. Dobrze czytacie – to były KILKUNASTOLETNIE uczennice z klas będących odpowiednikiem polskiej szkoły średniej! Co zrobiły te dzieci? Czy napisały opasłe tomisko, w którym przeanalizowały życie swojej bohaterki? Czy grzebały w archiwach państwowych, czy weryfikowały wszelkie drobne fakty z życia, czy ustalały co, jak i dlaczego? Nie. Dzieci kierując się intuicyjnym pojmowaniem tego co w historii Pani Ireny jest ważne napisały…. sztukę. Napisały krótką, być może naiwną opowieść wydobywającą najważniejsze fragmenty z życia Ireny Sendler i zaczęły z tą sztuką objeżdżać Stany Zjednoczone. Objeżdżają USA do dzisiaj, a dzięki nim już niepoliczalne tysiące Amerykanów poznało historię „Jolanty”. Sztuka ta nosiła tytuł „Życie w słoiku”. Tytuł pochodził stąd, że Pani Sendler zapisywała prawdziwe nazwiska i imiona uratowanych dzieci na skrawkach papieru, które zapakowane w szklany słoik zakopywane były pod drzewkiem jabłoni. Celem tak ryzykownej operacji była chęć przywrócenia dzieciom żydowskim ich prawdziwej tożsamości kiedy nadejdzie ku temu stosowny czas - po wojnie. Żadna z amerykańskich uczennic oraz ich nauczyciel nie wyobrażali sobie, że w ten sposób rozpoczynają przywracanie pamięci na ponadnarodową skalę o bohaterstwie, odwadze, wierności ideałom, poświęceniu bez granic, miłości do człowieka, słowem – pamięci o wielkości ludzkiego ducha skonfrontowanego z bezduszną, okrutną machiną śmierci. Potem lawina uruchomiona wyjęciem jednego, jedynego kamyka ze stosu niepamięci ruszyła. Piramida zapomnienia zbudowana wokół Ireny Sendler rozsypała się jak domek z kart. W międzyczasie uczennice ze zdumieniem odkryły, że ich bohaterka żyje, mieszka w Warszawie. Wraz ze swoim nauczycielem oraz rodzicami spełniły swoje największe marzenie - odwiedziły Panią Sendlerową w Warszawie. Tam wszyscy poznali m.in. jedną z uratowanych – Elżbietę Ficowską, a przez nią kolejne osoby. Przy okazji i po drodze uczennice musiały zweryfikować informację podaną w „News and World Report”. Akcję ratowania dzieci żydowskich „Jolanta” wraz z grupą swoich współpracowniczek rozpoczęła nie w 1942 roku, lecz tuż po utworzeniu warszawskiego getta w 1940 i kontynuowała ją do stycznia 1943 roku, kiedy wejście do getta stało się praktycznie niemożliwe. A jednak i wówczas – po 1943 roku - Irena Sendler niosła pomoc tym, głównie dzieciom, którym udało się przedostać z getta na tzw. „aryjską stronę”, albo które wcześniej do getta nigdy nie trafiły.
Warto wiedzieć, że pomoc dla dzieci zamkniętych w warszawskim getcie rozpoczęta natychmiast po jego utworzeniu przez zorganizowaną przez Panią Irenę grupę świadczona była poza formalnymi strukturami Państwa Podziemnego. Do pomocy tej włączyli się pracownicy magistrackiego, warszawskiego oddziału opieki społecznej o różnych przekonaniach politycznych. Były wśród nich także osoby, którym przed wojną nieobce były poglądy antysemickie, jak np. Jan Dobraczyński. W rozmowie z przedstawicielami redakcji Forum Żydów Polskich Pani Sendler uśmiechnęła się mówiąc: „Dobraczyński, wiecie, ten pisarz. Przed wojną to był straszny antysemita.”, po czym spoważniała i powiedziała „Kiedy zobaczył ten ogrom nieszczęścia wyleczył się z antysemityzmu”.
Tutaj trzeba wtrącić uwagę:
Takich osób o poglądach antysemickich, które „na widok „ogromu nieszczęścia wyleczyły się z antysemityzmu” było więcej. Najwymowniejszymi przykładami była postać Zofii Kossak Szczuckiej (pisarki), jednej z założycielek „Żegoty” uhonorowanej tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, ale i postać Jana Mosdorfa – przedwojennego działacza ONR oraz Młodzieży Wszechpolskiej, który po uwięzieniu w obozie koncentracyjnym Auschwitz efektywnie organizował pomoc dla współwięźniów – Żydów. Takich osób było więcej. Było ich wiele. Ten artykuł nie jest poświęcony ruchowi ratowania życia Żydów w Polsce, lecz Irenie Sendler i tylko z tego względu tematu – rzeki kompleksowo nie omawiamy.
W siatce ludzi dobrej woli zorganizowanej przez Sendlerową nie zabrakło księży, zakonnic, klasztorów, katolickich sierocińców, czy wreszcie licznej rzeszy osób prywatnych o przeróżnych poglądach politycznych. Ludzie ci dali ukrywanym dzieciom ochronę przed niechybną śmiercią w komorach gazowych obozów śmierci, chociaż śmierć czyhała nadal nie tylko na ukrywane dzieci, ale i na ukrywających je ludzi. Za przechowywanie Żyda w okupowanej Polsce groziła kara śmierci i często była ona wykonywana natychmiast. W grudniu 1942 roku grupa Ireny Sendler została włączona do powołanej przez Delegaturę Rządu na Kraj Rady Pomocy Żydom „Żegota”, a sama Sendlerowa została kierowniczką działu dziecięcego „Żegoty”. To „Żegota” po aresztowaniu i skazaniu na śmierć „Jolanty” w ostatniej chwili za wielką łapówkę wykupiła bohaterkę z rąk Gestapo. Świadoma wagi posiadanych informacji nawet pod wpływem tortur, po połamaniu rąk i nóg, Irena Sendler nie ujawniła Niemcom żadnej informacji mogącej naprowadzić okupanta na ślad działalności konspiracyjnej „Żegoty”. Na ponurą ironię zakrawa fakt, że oprócz represji ze strony okupanta, śmierć mogła grozić Irenie Sendler także z rąk Polaków. Irena Sendler znalazła się na liście proskrypcyjnej wywiadu NSZ określona w raporcie tego wywiadu jako „zdecydowana komunistka”, co w okupacyjnych realiach oraz w języku niekomunistycznego ruchu oporu znaczyło tyle, co „zdrajca narodu”. Nie było to zresztą prawdą. Irena Sendler była socjalistką, członkinią PPS, chociaż w czasie wojny nie zajmowała się żadną działalnością polityczną ze zrozumiałych względów – zbyt zajęta była ratowaniem ludzkiego życia. W swoim komentarzu do list proskrypcyjnych wywiadu NSZ prof. Szarota pisze: „Umieszczenie na liście miewało ponure konsekwencje.”, po czym opisuje przypadek zamordowania człowieka. Więcej informacji na ten temat: http://archiwum.polityka.pl/art/listy-n ... 81312.html. Widzimy więc, że życie Ireny Sendler było zagrożone ze wszystkich stron, także po wojnie.
W mediach polskich pojawiły się krótkie informacje o wizycie amerykańskich uczennic u Ireny Sendler. Zainspirowały one Annę Mieszkowską do próby opisania historii „Jolanty”. Zadanie nie było łatwe, gdyż bohaterka już wówczas bardzo sędziwa i mocno schorowana nie zawsze chciała wracać do historii okrutnego czasu wojny. Nie wiemy jakich argumentów użyła publicystka, ale w końcu udało się jej przeprowadzić wiele rozmów, które można byłoby w zasadzie nazwać zwierzeniami. Zwierzenia te często były trudne i bolesne dla Sendlerowej, budzące upiory przeszłości, pełne bólu i goryczy, a jednak tak potrzebne ludziom, że zdecydowała się ona wreszcie wyrazić zgodę na opublikowanie swoich wspomnień w formie książki. Książka nosi tytuł „Matka Dzieci Holokaustu. Historia Ireny Sendlerowej”. Anna Mieszkowska nie jest historykiem. Spisała ona historię opowiedzianą przez Irenę Sendler tak jak Pani Irena u schyłku swojego bogatego w tragiczne i wzniosłe chwile życia ją zapamiętała. Jak zapamiętał ją człowiek ponad dziewięćdziesięcioletni. Każdy kto miał okazję rozmawiać z Matką Dzieci Holocaustu wie, jak jasny był to umysł, jakim intelektualnym wyzwaniem dla rozmówcy była rozmowa ze starszą już przecież panią. Pani Sendlerowa była wymagającym rozmówcą. Do końca swoich dni zachowała ona wielką jasność umysłu pomimo tego, że upływ czasu niektóre szczegóły z życia w naturalny sposób pozacierał, a co być może ważniejsze - zachowała ona przedziwny dar rozpoznawania intencji rozmówcy. W Annie Mieszkowskiej rozpoznała człowieka obdarzonego empatią i podziwem dla czynów wielkich. Książka Anny Mieszkowskiej w krótkim czasie doczekała się kilku wydań, była tłumaczona na kilka języków i wciąż jest wznawiana.


