Pinchas Menachem Joskowicz urodził się w 1924 r. Jego rodzice - Mojżesz Lejb i Ita Joskowiczowie - pochodzili z Łodzi, a w 1900 r. przenieśli się do Zduńskiej Woli, gdzie zamieszkali przy obecnej ul. Piłsudskiego 53. W Zduńskiej Woli przy ul. Królewskiej 5 założyli fabrykę włókienniczą El-jot. Produkowano w niej materiał na garnitury. W Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 59 Joskowiczowie posiadali sklep firmowy, magazyn, wykańczalnię towaru i biuro. Ich wyroby były znane w całej Łodzi, sprzedawały je najlepsze sklepy bławatne.
Mojżesz Lejb Joskowicz był chasydem, związanym z dynastią cadyków z Góry Kalwarii. Wiele czasu poświęcał modlitwie i studiowaniu Tory i Talmudu i kiedy tylko mógł, pielgrzymował do dworu Judy Arie Lejba Altera. W czasie jednej z takich wizyt mały Pinchas usłyszał z ust cadyka krótkie polecenie: "Zostań chasydem".
Jak większość żydowskich chłopców, Pinchas Menachem Joskowicz swą edukację rozpoczął w chederze. Pod kierunkiem mełameda uczył się alfabetu hebrajskiego oraz tekstów Tory. Kolejne siedem lat spędził w szkole Talmud Tora, gdzie oprócz przedmiotów religijnych poznawał także język polski, matematykę i przyrodę.
Kiedy wybuchła druga wojna światowa i na Zduńską Wolę zaczęły spadać niemieckie bomby, Joskowiczowie postanowili szukać schronienia poza miastem. Ich droga wiodła przez Szadek, Ozorków, Piątek. Drogi były pełne uchodźców. Nikt nie panował nad ogólnym chaosem. Co jakiś czas nad głowami uciekinierów przelatywały samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach, strzelając do bezbronnych ludzi i zrzucając bomby. Mojżesz Lejb Joskowicz zdecydował, że dalsza ucieczka nie ma sensu. Powrócili do Zduńskiej Woli. Po drodze wpadli w ręce Niemców. Żołnierze pozrzucali im czapki, obcięli pejsy i brody. Pinchas Menachem był pewien, że są to ostatnie chwile jego życia. Kiedy wymawiał pierwsze słowa modlitwy "Słuchaj Izraelu...", poczuł na czole zimny ucisk lufy pistoletu. Na szczęście Niemcy puścili ich wolno.
Represje narastały stopniowo. W listopadzie 1939 r. fabryka El-jot została przejęta przez Niemców. Mieszkanie Joskowiczów ograbiono. Stracili meble i wiele cennych przedmiotów. Wiosną 1940 r. rodzinę wyrzucono z domu i przesiedlono do getta. Początkowo mieszkali w swojej dawnej fabryce przy ul. Królewskiej 5. Dzięki znajomościom i posiadanym funduszom mogli wyjechać do Izraela, ale ojciec postanowił, że pozostaną w mieście, gdzie spędzili najlepsze lata swojego życia. Wierzył, że najgorszy czas już minął.
W lipcu 1942 r. rodzice Pinchasa Menachema Joskowicza zostali zamordowani w Chełmnie nad Nerem. W komorze gazowej zgładzono także jego siostry: Gołdę, Hindę, Chaję oraz innych członków rodziny.
Pinchasowi, jego dwóm braciom Ickowi i Motelowi oraz siostrze Dinie udało się wydostać z kolumny ludzi przeznaczonych na śmierć. Trafili do Radogoszczy, a stamtąd do getta w Łodzi. Tam dane im było przeżyć dwa lata. Latem 1944 r. podczas likwidacji łódzkiego getta zostali wtłoczeni do wagonów towarowych. Po zdającej się trwać wieczność podróży pociąg zatrzymał się przy rampie. Był to obóz koncentracyjny Auschwitz.
Pinchas Menachem Joskowicz znalazł się w Birkenau, w bloku numer cztery. Tu dla Niemców ostatecznie przestał być człowiekiem, a stał się numerem 52937. Jak wszyscy więźniowie, żył w ciągłym strachu, nie będąc pewnym następnej minuty życia. Wiele lat później wspomni: "Widziałem okrucieństwo, którego by nie dopuściło najdziksze zwierzę. Widziałem, jak ginęli niewinni ludzie. Widziałem kobiety z dziećmi na rękach, idące do komór gazowych". Otuchy dodawał mu tefilin, ukryty w jednym z bloków. Każdego dnia przedostawał się do tego baraku, dotykał filakterii i wracał. Dzięki temu miał więcej sił i nadziei.
Z Birkenau Pinchas Menachem został wywieziony w głąb III Rzeszy. Najpierw pracował w fabryce opon w Hannoverze, potem w podziemnym kamieniołomie. Tu w grudniu 1944 r. stracił brata Motela, zakatowanego przez kapo. Później był obóz w Neuengamme i ostatecznie Sandbostel. Front był już blisko. Ostatnie dwa tygodnie przed wyzwoleniem stały się prawdziwą gehenną. Pozbawieni żywności ludzie umierali z głodu. Joskowicz był świadkiem sceny spożywania mięsa zmarłego więźnia.
Obóz Sandbostel został wyzwolony przez Brytyjczyków w dniu 29 kwietnia 1945 r. Dwudziestojednoletni Pinchas Menachem Joskowicz ważył wtedy 30 kg.
Po kuracji w szpitalu w Rottenbergu, Joskowicz wyjechał do Bergen Belsen. Gromadzili się tam wtedy Żydzi ocaleni z Zagłady. Powstała gmina żydowska, działała koszerna kuchnia. Założono także jesziwę, w której Pinchas Menachem Joskowicz rozpoczął studia. W 1947 r. dokonał aliji do Izraela, a w lutym następnego roku rozbił pod chupą kielich. Jego żoną została Pninia, była więźniarka Auschwitz-Birkenau i Bergen-Belsen. Razem doczekają się licznego potomstwa: Cwi, Mosze, Michaela, Abrama, Ity, Beli i Nuhamy. Joskowicz po przybyciu do Izraela początkowo pracował fabryce, potem był wychowawcą w szkolnym internacie. Kontynuował studia, a po ich pomyślnym ukończeniu otrzymał simchę rabinacką. Dzięki odszkodowaniom wypłacanym przez państwo niemieckie, w 1960 r. w Jerozolimie założył własną firmę farmaceutyczną.
W 1989 r. rządy Polski i Izraela postanowiły reaktywować funkcję Naczelnego Rabina Polski. Wybrano Pinchasa Menachema Joskowicza. Za jego kandydaturą przemawiały między innymi miejsce urodzenia oraz znajomość języka. Nie była to łatwa misja. Nieliczna społeczność polskich Żydów była zatomizowana, życie religijne niemal nie istniało. Dla chasydzkiego rabina było to dużym wyzwaniem. W wydanej w 1996 r. książce zatytułowanej "Opowieść o radości i cierpieniu", Naczelny Rabin stwierdził: "Żydzi, którzy tu mieszkają, wcale nie są religijni. Żony mają nie-Żydówki, szabatu nie przestrzegają, do synagogi zajrzą na pół godziny, jak nie ma czegoś ciekawego w telewizji czy w kinie. Mało się modlą, koszernie nie jedzą". Te różnice w obyczajowości były czasem trudne do zaakceptowania zarówno przez rabina, jak i przez część mieszkających w Polsce Żydów.
Proces odradzania żydowskiego życia religijnego w Polsce był żmudny. Rabin Pinchas Menachem Joskowicz zaczął prowadzić regularne modlitwy w synagodze Zalmana i Rywki Nożyków - jedynej warszawskiej synagodze, która ocalała ze zniszczeń wojennych. Dzięki wsparciu Fundacji Ronalda Laudera w podziemiach synagogi urządził mykwę, zorganizował także koszerną restaurację. Pomagał mu w tym przybyły ze Stanów rabin Michael Schudrich oraz inni. Dzięki ich pracy coraz więcej osób przychodziło do synagogi, coraz więcej osób przyznawało się do żydowskich korzeni.
W 1999 r. w związku z konfliktem powstałym wskutek ustawienia krzyża na terenie byłego obozu w Oświęcimiu, rabin Pinchas Menachem Joskowicz wystosował do Jana Pawła II apel: "Proszę, aby pan papież dał wezwanie do swoich ludzi, by także ten ostatni krzyż wyprowadzili z tego obozu". Niefortunna wypowiedź spotkała się z dezaprobatą nie tylko środowisk katolickich. Krytycznych komentarzy nie szczędzili mu m. in. Stanisław Krajewski ze związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich i senator Władysław Bartoszewski.
Wkrótce potem Pinchas Menachem Joskowicz wyjechał do Izraela. Zmarł w Jerozolimie w dniu 26 listopada 2010 r.
W tekście wykorzystano fragmenty książki Pinchasa Menachema Joskowicza "Opowieść o radości i cierpieniu" (oprac. J. Domasłowska-Szulc, E. Wrona, M. Jankowska, Warszawa 1996).
fot. Katka Reszke


