POWRÓT (list z Polski)Marzena BeraSzalom!
Zaczyna się drugi dzień, odkąd mogę całkowicie prawdziwie błogosławić BARUCH ATA HASZEM ELOCHEJNU MELECH HAOLAM, SZE LO ASANI GOJA. Do tej pory w tym miejscu Szachritu zawsze miałam uczucie żalu, smutku, pretensji - różnie w różnych okresach, z początku nawet do Mamy, że nie wiedziałam, że musiałam dowiedzieć się tak późno. Dzisiaj wiem, że dokonanie konwersji w przypadku moim zamknęło krąg krzywd doznanych od Hitlera. To ja, z pomocą B-ga, zwyciężyłam hitlerowski plan. W dniu twili wyjątkowo wyraźnie byli wokół mnie obecni Ci, którzy nie mogli nawet zrodzić swoich dzieci. Czułam się otoczona przyjaznymi duszami, zadowolonymi z dziejącego się wydarzenia. Mam jednak w tej chwili dziwne uczucie. Jestem świadoma, że cokolwiek napiszę, będzie to jak próba "opowiedzenia" komuś muzyki. Nie można jej przecież opowiedzieć, trzeba samemu słuchać. Z drugiej strony wiem, jak bardzo mnie samej pomogło szperanie po Internecie, czytanie, spotykanie się z osobami o podobnych problemach do podjęcia tej najważniejszej w moim życiu decyzji - ja wracam. Gdy stanęłam przed Bejt Dinem, po 7 latach oczekiwania, rabin zapytał mnie, czy ten dzień oraz zbliżający się dzień Zanurzenia (Twili) to będą największe dni mojego życia. W tamtym momencie sądziłam, że największym dniem był momement decyzji, ta chwila, która cały proces powrotu do żydowskich korzeni zapoczątkowała. Myślałam szczerze. Teraz wiem, że siła przeżyć tych pięciu dni, które minęły nie da się porównać z niczym.
Spróbuję je opisać ludzkimi słowami, ale proszę mi wierzyć, trzeba by tu naprawdę potężnego poety, by wyrazić ogrom uczuć, uniesień ducha, łączności z Haszem - i własną utraconą przeszłością. Nie będę zbyt długo rozwodzić się nad wspomnieniami, muszę jednak napisać, że w chwili upewnienia się o swoim pochodzeniu miałam lat 49. Cały proces w moim przypadku trwał tak długo, ponieważ moje starania przerwała ciężka choroba. Okres siedmiu lat - bez kłopotów zdrowotnych - skróciłby się do 14 miesięcy. Teraz wydaje mi się to tempem rekordowym. Po nagłej śmierci Matki w 1999 roku cała zwróciłam się ku przeszłości. Analizowałam swoje postępowanie wobec Niej, nasze życie w dzieciństwie i wczesnej młodości. Skracając w tym miejscu do minimum ( mogłaby tu powstać gruba książka... :), zrozumiałam, że jestem z pochodzenia Żydówką i że muszę z tym faktem coś zrobić. Pierwszym krokiem były próby znalezienia dokumentów. W sumie zapisana jestem do dwóch programów genealogicznych. Z całych poszukiwań niestety do tej pory udało mi się odszukać jedynie potwierdzenie, że istniała osoba, o której moja mama w chwili niezwykłej szczerości, jakiejś Jej potrzeby serca powiedziała ten jedyny raz w życiu do mnie (na spacerze, miałam wtedy już 3 dzieci) - "wiesz, Marzena, ty masz ciocię Żydówkę. Moja ciocia Miriam, siostra twojego dziadka, miała córkę Esterę. To twoja ciocia, a moja kuzynka, nie wiem, czy żyją..." Kiedy zapytałam czy i my jesteśmy Żydami (wcale nie tego samego dnia! U nas rozmawiało się bardzo oszczędnie i nie było wolno pytać), usłyszałam: "nie pytaj. Nie chcę, żebyś przechodziła przez to, co ja przeżyłam". Mama potrafiła zamilknąć na kilka tygodni. Czuło się wtedy w domu nieznośny ucisk psychiczny, nie można było milczenia przerwać, aż samo nie mijało. Trzeba było śmierci Matki, żebym zaczęła się zastanawiać, dlaczego nigdy nie byliśmy na grobie dziadka. Dlaczego nie ma grobu wujka. Zginął 17 grudnia 1944 roku. Ja urodziłam się 6 lat później, babcia przybyła by zająć się mną, ale nigdy nie pojechała na grób syna. W chwili śmierci miał 14 lat. Wiem, że ja siedziałabym nad grobem dziecka nieustannie. Gdzie jest ten grób? I głucha cisza, żadnej odpowiedzi, nie ma, rozmyło się, nigdy nie było?
W domu była menora, choć Mama nazywała ją świecznikiem. Była na honorowym miejscu, zawsze zapalana z okazji uroczystości religijnych. Krzyż natomiast "mieszkał" w szufladzie i wyjmowany był raz na trzy lata, gdy przybywał ksiądz po kolędzie ( w Poznaniu, gdzie mieszkaliśmy nie było corocznej kolędy). Menorę zapalała Mama jeszcze na urodziny moich córek. Zabrałam ją po śmierci Mamy i zapalałam na Jej pamięć. I nie wiedziałam, że przeżywam jorzajt... Robiłam to instynktownie. Obchodziliśmy święta chrześcijańskie, jednak jakoś tak dziwnie. W innym terminie, często 2 tygodnie nawet wcześniej. Nazywało się to, że Mama może mieć podczas świąt dyżur nocny (była lekarzem) i trzeba święta przyspieszyć. Nigdy nie byłam na pasterce w Gwiazdkę, ani nie święciliśmy potraw na Wielkanoc. Kiedy zaczęłam interesować się judaizmem, odkryłam, że potrawa, którą teraz nazywam charoset była jadana na Wielkanoc w moim domu pod nazwą sałatki owocowej. Do tego stopnia byłam przekonana, że to potrawa wielkanocna, że nauczyłam teściową jak ją przyrządzać. Byłam zdziwiona, że w domu męża nie znają tej potrawy. Zbyt dużo musiałabym pisać w tym miejscu... Teraz, kiedy układanka jest gotowa, kiedy ostatni kamyczek w postaci dokonanej konwersji został położony, mogę nareszcie w prawdziwy sposób podjąć żydowskie życie.
Zaczęłam od studiowania judaizmu. Najpierw to było kilka słów po hebrajsku, z chrześcijańskiej książki. Ukazał się słownik, pierwsze książki hebrajsko-polskie. Bardzo pomocny stał się Internet. Wpisywałam drżącą ręką słowo "judaica" i otwierały się nieznane światy. Zaraz na kursie internetowym, w trakcie ćwiczeń odszukałam sobie stronę Laudera, wysłałam pierwszy mail (w sprawie poszukiwań genealogicznych) i wydrukowałam masę informacji o mykwie, koszerze i Ulpanie. Na swój adres zaczęłam otrzymywać Gazetkę Laudera, zapisałam się na kurs hebrajskiego i zdążyłam wysłać pierwszą pracę, z alefbetem i jeszcze otrzymać ją z piątką z powrotem, kiedy dopadła mnie choroba. I tak zostałam ze znajomością liter, rozbudzoną świadomością żydowską - na skraju życia i śmierci. Kiedy po kilku latach zmagań wróciłam do przerwanej pracy - nie było już Gazetki, Ulpanu.
Skracając - w zeszłym roku w Szawuot po raz pierwszy przeżyłam świadomie święto żydowskie. Po raz pierwszy w żydowskiej wspólnocie spędziłam Tisza BeAw z grupą Żydów w Poznaniu. Oczywiście z chwilą podjęcia decyzji natychmiast zaczęłam przestrzegać uświęcania Szabatu. Mój mąż mówi, że "poszłam jak przeciąg". Z domu zniknęły symbole innych religii (nie tylko chrześcijańskiej, także posążek Buddy, hinduskiego mnicha, egipskie papirusy, figurka słowiańskiego bożka). Dom był czysty, pustu i czekał na WIELKIEGO GOŚCIA. Zawiesiłam SZMA wypisane na papirusie, 10 wypowiedzeń po hebrajsku, kupiłam wszystkie dostępne książki, sprowadziłam z Izraela Sidur i Machzory. Zakupiłam wszystkie niezbędne do ydowskiego życia przedmioty. Największy problem był z koszernością. Jedyne, co mogłam zrobić, to przestawienie się na wegetarianizm z odrobiną ryb (mąż ryb nie toleruje). Po spotkaniu z rabinem na Twardej okazało się, że musiałabym zamieszkać na jakiś czas w Warszawie. Byłam w rozpaczy, konwersja oddalała się w jakąś nieokreśloną przyszłość... Haszem tak jednak pokierował moimi drogami, że znalazłam adres w Internecie, znalazłam rabina w USA, który zechciał dołączyć mnie do programu konwersji. Po kilkugodzinnej rozmowie twarzą w twarz - zniknął zostawiająć mi nakaz prowadzenia dziennika internetowego i wysyłania relacji do niego. Zostałam sama, z masą pytań. Wysyłałam swoje rozważania nawet 2 razy dziennie. I nie miałam odzewu, czy docierają, żadnej odpowiedzi. Nie wiedziałam, czy pisać dalej, czy to ma sens. Wysłałam w sumie 165 maili. Gdy wydrukowałam je okazało się, że jeden list był przeciętnie na 1-2 strony A-4. Niespodziewanie rabin pojawił się w Polsce i przybył do mojego domu (mieszkam na Śląsku). Oznajmił mi, że moje przygotowania zostały uwieńczone sukcesem, podał datę stanięcia przed Bejt Dinem i zaczęło się moje gorączkowe oczekiwanie na dokonanie konwersji. Trzy tygonie przeżyłam jak we śnie. W międzyczasie jeszcze zachorowałam na zapalenie płuc, a w Polsce zrobiło się okropnie zimno. Wydawało się, że zanurzenie w rzece, po tak ciężkiej chorobie, nie będzie dla mnie wskazane. Modliłam się jednak i spakowałam potrzebne rzeczy. Już w środę byłam w Warszawie, by we czwartek stanąć przed Bejt Dinem. W prywatnym mieszkaniu, pod Warszawą, po koleji stawaliśmy, roztrzęsieni, rozgorączkowani, a nawet trochę przerażeni przed trzema rabinami. Dwaj przybyli z USA, a jeden z Panamy. Ja zbyt słabo mówię po angielsku, był więc tłumacz symyltaniczny. Wszystko było nagrywane, trzyosobowa grupa obsługiwała mikrofon i 2 kamery. A ja byłam sama wobec trzech życzliwych Rabinów. Pozostałe 4 osoby zupełnie mi nie przeszkadzały. Opowiedziałam swoje życie, swoje uczucia i swoje pragnienie bycia Żydówką. Mówiono mi potem, że rozmowa trwała ponad 2 godziny. Podczas rozmowy nie czułam upływającego czasu. Zostałam zaproszona na mykwę. Wcześniej przeżyłam Szabat we wspólnocie, po raz pierwszy zapalałam świece w synagodze z innymi kobietami, zobaczyłam, że poprawnie składam pokłony, uginam kolana, zakrywam oczy przy Szma... Rabin wcześniej nic mi nie mówił, nie wiedziałam, czy postępuję prawidłowo. Choć prawie wszyscy widzieli mnie po raz pierwszy, zostałam natychmiast otoczona szczerą życzliwością. Byłam wreszcie "u siebie"... W niedzielę nastąpił wyjazd do mykwy. Wybaczcie, że nie napiszę gdzie to było, być może teren będzie w następnych latach ponownie wykorzystywany, a przecież w Internecie może szperać każdy i nie wiadomo, do jakich działań wykorzystać. W każdym razie jechaliśmy aż na granicę Polski.Na miejscu odbyła się modlitwa i wspólny śpiew. Odezwał się szofar. Swieciło słońce, a wiatr swingował (to słowa rabina). Zamknęłam oczy i poczułam się otoczona życzliwymi, zadowolonymi duszami. Byłam z tej ziemi i z TYM LUDEM. Uświadomiłam sobie, że moja dusza w takim razie musiała być nad Morzem Trzcinowym i stać pod Górą Synaj. Byłam. Najpierw zanurzały się rodziny, w sumie były trzy rodziny z dziećmi. Potem, w grupie 4 kobiet przyszła moja kolej. Przy brzegu starorzecza zasilanego źródłami zdjęłam płaszcz kąpielowy i w kostiumie weszłam do rzeki. Wiatr ucichł. Cała przyroda była ze mną w tej wodzie. Zdjęłam kostium i zanurzyłam się z głową. Widziałam całe ławice białych rybek. Głośno zawołałam Błogosławieństwo na zanurzenie się. Dyskretnie ukryci za grubym drzewem Rabini zawołali "AMEJN". Byłam tam z wszystkimi. Jeszcze 2 kolejne zanurzenia i już zakładałam kostium, już byłam na brzegu, osłaniana troskliwie przez obecną kobietę dużym ręcznikiem. Ubrana na powrót w płaszcz kąpielowy czekałam na zakończenie. Wszystkie razem wypowiedziałyśmy błogosławieństwo Szechehejanu, że pozwolił B-g dożyć do tej chwili.
Wróciłyśmy do grupy. Po nas jeszcze mężczyźni zanurzali się, a potem każdy z nas otrzymał dokumenty podpisane przez rabinów. Powrotna droga była dla mnie wielką modlitwą. Nie mogłam spać. To była noc z B-giem Izraela. Jak to się stało, że to ja teraz jestem Żydówką. Jak dam sobie radę w miejscu, gdzie nie ujawnił się jeszcze żaden Żyd. Mimo tego nie było we mnie niepokoju, ale wielki spokój i zarazem świadomość : OTWARŁA SIĘ NOWA DROGA W ŻYCIU, droga niesienia micwot. To mnie uradowało, rzeczywiście wypełnianie przykazań, a szczególnie czytanie Tory jest wielką radością. Patrzę na te słowa, tylko co napisane i tak żałuję, że nie potrafię wyrazić całej radości i głębi, wszystkich uczuć. Jestem nimi napełniona całkowicie. Jest ich ogromne mnóstwo, ale są uporządkowane, to nie kotłowanina myśli, ale PEŁNIA I SPOKÓJ.
Tak bardzo żałuje, że moje słowa są tu tak ogromnie nieporadne.
Następnego dnia - kolejna uroczystość, nadanie imienia żydowskiego. Podczas pobytu rabina u mnie w domu dałam mu kartkę z wymaganymi danymi osobowymi. Między innymi podałam też imię. Bardzo pragnęłam przyjąć imię Sara. Jednak miałam być bat Sara... Wobec tego drugie imię, jakie wybrałam to Ruth. Rabin przyjął to. Na dokumencie, który otrzymałam niespodziewanie dla mnie było imię Miriam. Zrobiło się małe zamieszanie, nie było wiadomo dlaczego, czy to pomyłka? Rabin jednak powiedział tylko: Tak będzie lepiej. A ponieważ ufam mu bezgranicznie, nie zgłaszałam żadnych zastrzeżeń. Dopiero w momencie nadawania imion powiedział "Ruth podążała za kimś. Ty jesteś Miriam". Rabin opowiedział grupie kawałek mojego życia. Stałam przed wszystkimi i czułam, jak otaczają mnie swoją serdecznością. Byłam z nimi. W sumie 22 osoby rozpoczęły nowe życie. Otrzymałam zadanie od rabina i niestety musiałam już iść, wracać na Śląsk.
W domu mojej staruszki cioci nastąpiło prawie natychmiast to, czego jesteśmy świadkami na codzień w Polsce. Jej mąż, rdzenny Polak, zrobił mi po prostu kosmiczną awanturę. "Co sobie myślisz, zadając się z TYMI ŻYDAMI... Czy nie wiesz, że mordowali Polaków, czy nie wiesz, jak nienawidzą Polski, sprzedali ją, zmarnowali..." Stałam osłupiała i myślałam - jestem tu po raz ostatni... Ciocia popierała wujka. Wujek jest nauczycielem w szkole średniej. Już emerytowanym, ale jeszcze czynnym... "TAKIE BĘDĄ RZECZYPOSPOLITE, JAKIE JEJ MŁODZIEŻY CHOWANIE...". Przeprosiłam za przysporzenie zdenerwowania, pożegnałam się z daleka i spokojnie wyszłam. Pociąg miał być za 6 godzin, ale lepiej będę czuła się wśród bezdomnych nocą na dworcu niż tutaj. Ciocia natychmiast ubrała się i bez słowa do wujka pospieszyła za mną. Byłam bezradna, ciocia płakała, przepraszała mnie i całowała. A przecież to ona jest halachiczną Żydówką. Babcia była z Żydów chazarskich. To rodzina mojego Ojca. Jaka straszna jest nienawiść. Ona musi w tym domu żyć. Zabrałabym ją ze sobą, ale ona kocha na swój sposób męża...
Całe to zdarzenie nie zmąciło mojego spokoju i szczęścia. Pokazało jednak dobitnie, jakiego życia stałam się uczestnikiem z chwilą konwersji. Moim zadaniem jest edukacja. Tak polecił rabin. Być oparciem dla wstępujących na drogę poszukiwań. Żeby poznając - przestać się lękać. Przyjąć swoją tożsamość. Rozumieć innych. Wybaczać. Modlić się.
14 czerwca, 2006.
(Osoby zainteresowane kontaktem z autorką listu, prosimy o kierowanie wiadomości na adres mailowy naszej strony : kontakt)
|